Wyszukiwarka

wtorek, 23 września 2014

Powrót na terapię.

Witam.

   W okolicach września 2014 roku wróciłam na terapie. Znalazłam w bliskiej okolicy psycholożkę, która jak twierdziła pomoże mi w moich lękach, która również zgodziła się bym mogła przychodzić do niej w soboty. No i tak zaczęłam początkowo chodzić do niej co tydzień. Bardzo szybko nasze spotkania przerodziły się w co dwutygodniowe sesje a potem co miesiąc, dwa. Początkowo byłam bardzo zadowolona, czułam się rozumiana, akceptowana. Raz dostałam zadania, które miały mi pomóc w planowaniu dnia i wypełnianiu go sobie obowiązkami. Z czasem dostrzegłam, że ta terapia mnie męczy, że nie daje mi nic prócz poczucia winy. Że czuję się przed psycholożką jak przed własną matką próbując spełnić jej oczekiwania. Słyszałam nakazy i szantaż emocjonalny. Czułam się winna, czułam się źle, podle. Czułam się tak jakbym była zła bo nie umiem sobie poradzić z przeciwnościami losu. Dużo płakałam. Terapie mnie wykańczały a z drugiej strony nie potrafiłam ich przerwać. Miałam do siebie pretensje tak wielkie, że ponownie zaczęłam myśleć o śmierci. Nawet partnerowi powiedziałam, że jestem beznadziejna, że nie radzę sobie z niczym. Gdyby nie on i brat, którzy w tym czasie namawiali mnie wręcz do rezygnacji z tej terapii nie wiem co było by dziś ze mną.
Na ostatniej sesji, którą i tak przełożyłam (tak jakbym chciała wydłużyć w czasie rozstanie z psycholożką) powiedziałam o tym co czuję, o tym, że nie odczuwam z jej strony pomocy, że mam w sobie pewne blokady by pokonać próg naszego mieszkania. W moją stronę poleciała ogromna fala krytyki. Zresztą już wcześniej słyszałam, że jeśli sama nie zacznę przychodzić to zakończymy terapie. Jednym słowem dostałam obuchem w łeb. Usłyszałam, że myślę tylko o sobie, że facet, z którym jestem mnie zostawi, że jeśli nie zacznę wychodzić z mieszkania to nie wyzdrowieję no i, że tak w ogóle to powinnam iść do psychiatry po leki.
Na kolejną terapię umówiłam się jakoś po miesiącu ale więcej tam nie wróciłam i wiem, że to była bardzo dobra decyzja.
   Dziś wiem, że powstała między nami dziwna relacja, podobna do tej między mną a moja matką. Wiem również, że p. psycholog miała nie załatwiony problem najprawdopodobniej gdzieś w relacjach ze swoją własną matką. Myślę, że w swojej specjalizacji mogła być dobra natomiast dla osób z silnym lękiem i syndromem DDA/DDD nie radziła sobie.


P.S.
O mojej dalszej walce w kolejnych postach.






Pozdrawiam,
Dziewczyna z lękami


środa, 23 lipca 2014

Walka z własnymi emocjami

Witam.


Dawno nic nie pisałam ale nie umiałam pozbierać słów, myśli. Od dłuższego czasu przechodzę bardzo trudny okres. Jest mi niesamowicie ciężko. Nie umiem pozytywnie myśleć, nie umiem się za nic zabrać, nie umiem się cieszyć, nie umiem żyć. Wylewam codziennie morze łez. Boli mnie dusza. Boli i woła o pomoc ale niemym krzykiem bo inaczej nie umie. Czuję totalną bezsilność i poniesienie życiowej klęski. Stoję w miejscu. Mam wrażenie, że nie rozumie mnie nawet mój ukochany. Próbuję mu tłumaczyć, że jest mi ciężko, próbuję robić wszystko aby zwrócił na mnie uwagę. Ale czasem odnoszę wrażenie, że ja sama do końca nie wiem czego chcę, co czuję. A może ja nie czuję nic? Może stałam się obojętna? Może przestało mi zależeć na staraniu się, na wychodzeniu z lęku? Co jest ze mną grane?
I nadszedł dzień. 
To było trzy dni temu - ból zaczął wychodzić. Okropny ścisk w żołądku, okropny ból w całym ciele. Zaczęło się szybkie przetrawianie myśli i uczuć. Kolejne łzy lały się jak w wodospadzie woda. I długa, bardzo długa, prawie całonocna rozmowa z ukochanym. Z bólu ledwo wychodziły ze mnie słowa, mało zrozumiane, ciche, nieskładne fonetycznie zdania. Mówiłam o ogromnym własnym cierpieniu, o braku akceptacji własnego ciała, o braku motywacji i nie zrozumieniu, o samotności jaką odczuwam i zaprzestaniu cieszenia się z drobiazgów, o nieporadności i bezsilności. Ukochany zaczął mi odpowiadać uczuciami. Mówił o tym jak dla niego ważna jestem, jak pragnął być ze mną, jak cieszy go, że razem mieszkamy i przypominał mi kroki jakie robiłam by czuć się lepiej. Noc była ciężka. Ranek jeszcze trudniejszy. Nie przespana noc, opuchnięta twarz od łez. I chyba coś się stało. Coś zadziałało. Zaczęłam ćwiczyć aby zmęczyć i zająć czymś nie tylko ciało ale i umysł. Aby być aktywną  i być zadowoloną z własnego ciała. Czuję, że to dobry kierunek. Ćwiczenia przecież też pomagają podnieść się psychicznie. Może to mały krok dla wielu z Was ale dla mnie to ogromny krok, taki stumilowy ku lepszemu, ku wyzdrowieniu.
Będę dzielna - powtarzam sobie i idę dalej ćwiczyć



Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

czwartek, 10 lipca 2014

Samotność, pustka, brak sił

Witam.

   Mimo, że jestem w związku od kilku lat i bardzo kocham swojego partnera. Mimo, że wyprowadziłam się od mojej rodziny i  w zasadzie mam tu psychiczny spokój to często, prawie codziennie odczuwam pustkę. Siedzę sama od poniedziałku do piątku. Nie mam z kim posiedzieć przy przysłowiowej kawce i poplotkować, pośmiać się czy nawet wypłakać. Nie mam koleżanek, przyjaciół. Mój czas dopiero zapełnia się w weekendy kiedy narzeczony wraca z pracy. Jest mi zwyczajnie smutno i źle. Nie umiem sobie z tym poradzić. Ciągła pustka, smutek i ból. W kółko sprzątam, choć czasem i do tego nie mam werwy. Włączam tv, muzykę by tylko słyszeć czyjeś głosy, by nie zwariować. 
Ciągle sobie obiecuję, że wezmę się za siebie, że zacznę ćwiczyć. Bo chcę poczuć się lepiej, pewniej siebie. Chcę spojrzeć na swoje odbicie w lustrze i się do siebie uśmiechnąć. Chcę przede wszystkim też schudnąć. Ale jak w sobie znaleźć tą siłę? Jak wytrwać w postanowieniach? To nie jest lenistwo ale brak życia we mnie. Może przestaje mi znowu zależeć właśnie na życiu? A może znowu mam depresję? Czuję się okropnie. Chce mi się ryczeć. Chce mi się wyć. Nienawidzę siebie, swojego życia. Wszystko zawsze mi się nie udaje. Jak zmienić to wszystko? No jak?! Jak zmienić siebie, swoje życie, swoje myślenie?


Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

wtorek, 8 lipca 2014

Relacje z matką

Witam!


Moje relacje z matką są bardzo skomplikowane i dla mnie trudne. Jeszcze sobie tego wszystkiego nie poukładałam w głowie. Nadal jest to świeże i często bolesne. Wiem, że potrzebuję czasu i wiem, że wyprowadzka od niej była bardzo dobrym krokiem jaki zrobiłam w kierunku uleczenia siebie. 

Jako mała dziewczynka chciałam być taka jak moja mama - piękna, wspaniała, kobieca. Kochałam ją. Była dla mnie wszystkim. Przecież się mną opiekowała. Dawała jeść, prała ubrania, myła mnie i robiła jeszcze wiele innych czynności jakie powinna wykonywać matka. I to tyle. Potem był strach o nią, o jej bezpieczeństwo. Bałam się, że mój ojciec zrobi jej straszną krzywdę, że ją zabije. Ciągły strach o własną matkę. To nie powinno tak wyglądać. Pamiętam też uczucia niezrozumienia. Teraz wiem, że matka uciekała od nas. Była osobą niestałą w uczuciach do nas. Raz jakby nas kochała a zaraz byliśmy jej obojętni. Któregoś dnia wyprowadziła się. Wiedziałam, że robiła to dla własnego dobra aby ojciec jej nie krzywdził więcej ale z drugiej strony nie rozumiałam dlaczego nie wzięła nas ze sobą. Dlaczego nie chciała nas przy sobie? Nie starała się byśmy byli z nią. Ciągle mówiła do mnie "laleczko" - nienawidziłam tego. A jednak uciekłam do niej. Nikt nie miał nic przeciwko. Ojciec się nie sprzeciwiał a matka nie była jakoś specjalnie szczęśliwa. Potem pamiętam już tylko co raz bardziej pogarszające się relacje między nami. Byłyśmy od siebie daleko. Nie było z jej strony zrozumienia, akceptacji, miłości. Porównywała mnie z innymi. Nie wierzyła mi, nie ufała. Okłamywała mnie. Miała za nic moje słowa, moje uczucia. Nie uczyła mnie nigdy jak żyć, jak spełniać marzenia, jak się realizować. Nie uczyła nawet gotować. Ciągłe wymagania, zakazy i nakazy ale też obojętność wobec mnie przeplatana jakąś dziwną niechęcią. Chyba zawsze miała do mnie żal o to jak potoczyło się jej własne życie. Kiedy po kilku latach rozłąki wróciłam do niej ze zdiagnozowaną nerwicą lękową czekały na mnie: niezrozumiałość, brak akceptacji mojego stanu, złość. Z czasem zaczęła próbować mieć nade mną władzę. Tak sobie myślę, że częściowo jej się to udało. Zaczęłam jej się tłumaczyć z każdej mojej decyzji, zaczęłam jej wszystko mówić. Potem byłam na siebie zła. Nienawidziłam się za to. Przestałam się uśmiechać i patrzeć na swoje lustrzane odbicie. Zaczęłam się siebie wstydzić. Tak bardzo chciałam by mnie pokochała prawdziwą miłością. Chciałam by dała mi tą miłość za nic, by nagle mnie zrozumiała i we mnie uwierzyła. Chciałam mieć tylko prawdziwą matkę jakiej nigdy nie miałam. 
Teraz leczę w sobie te relacje. Przetrawiam pomału każde uczucie. Jest trudno ale czuję większą ulgę. Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy jej nie zmienię, i że nie mogę od niej już niczego oczekiwać, że ona mnie po prostu nie kocha. Ja również jej nie kocham. Zatraciła, zagrzebała żywcem we mnie uczucia jakie kiedyś do niej miałam. Była kiedyś moją najukochańszą mamusią.



Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

Relacje z ojcem

Witam!


Obecnie nie utrzymuję żadnych kontaktów z moim ojcem. Nie tylko dlatego, że mam lęki i nie jestem w stanie do niego pojechać ale również dlatego, że nie chcę. Nie potrzebuję z nim rozmów. Nie chcę udawać, że jesteśmy wspaniałą kochającą się rodziną. 
Kilka lat temu kiedy jeszcze od czasu do czasu odwiedzałam ojca w mieście obok zauważyłam, że dziwnie się zachowuje, dziwnie mówi. Fakt, że zazwyczaj był wtedy pod wpływem alkoholu ale czuła, że coś jest nie tak. W między czasie trafił do szpitala ponieważ prawdopodobnie go ktoś pobił. Dla mnie to wyglądało na zwykłe przewrócenie się po upojeniu alkoholowym. I tak zaczęła się seria udarów mózgowych i pogarszający się stan zdrowia u mojego ojca. Pierwszy jego udar był ok.12 lat temu ale po nim szybko doszedł do formy. I prócz skoków ciśnienia w zasadzie nic się nie działo aż do tego momentu. Zaczęłam zajmować się ojcem jak tylko umiałam. Było mi trudno bo raz, że bałam się wielu wizyt u lekarzy, ciągłych kontaktów z innymi ludźmi i częstego bywania w szpitalach to po drugie musiałam prosić się matki by mnie podwoziła, zawoziła i czekała na mnie. Ojciec trafiał mniej więcej raz na miesiąc do szpitala. Jego stan zdrowia bardzo się pogorszył. Miał problemy z rozumieniem tego co się dzieje dookoła niego i z nim. Nie umiał wykonywać niektórych czynności samodzielnie. Miał problemy z myciem się, robieniem jedzenia, braniem leków. Mówił coraz mniej wyraźnie no i lewa jak i zresztą prawa strona ciała uległy pogorszeniu. Miał gorszą władzę w rękach i troszkę powłóczył jedną nogą. Załatwiłam mu większe pieniążki z MOPS-u, wystarałam się o 1 stopień grupy inwalidzkiej i załatwiłam mu pobyt w placówce - dom pomocy społecznej. Były to spore schody do pokonania. Wszędzie musiałam tłumaczyć w jakiej sama jestem sytuacji również tej zdrowotnej, że moje stosunki nie są z ojcem dobre, że mnie nie stać na jego utrzymanie, że sama nie mam na własność mieszkania. O dziwo wszyscy byli mi przychylni i bardzo mi pomogli. Zrobiłam co uważałam za słuszne. Chciałam i pomogłam mu na tyle na ile mogłam. I wiem, że zrobiłam dużo a może nawet więcej.

Z dzieciństwa ojca pamiętam mało. Wiem, że gdzieś tam bywał w moim życiu. Nagrywał na kasetę magnetofonową jak śpiewałam. Ale tylko on mógł używać mikrofonu. Było wiele rzeczy, które mógł robić tylko on i nikt więcej. Miał swój własny pokoik zamykany na klucz i rzadko mógł tam wchodzić ktokolwiek Wiem, że była tam ława, fotele i książki. Byłam tam kilka razy ale tylko przy nim. Pamiętam również rodzinne wycieczki pociągiem czy potem maluchem. Zwiedzaliśmy Kraków, jeździliśmy nad Wisłę pod namioty. Od ok.6 lat w głowie mam więcej wspomnień. Ojciec często pił, imprezował, wyjeżdżał gdzieś bez nas, swojej rodziny. Bił i wyzywał matkę. Poniżał ją, karcił, zakazywał, nakazywał i straszył ją. Mówił "tylko ucieknij a Cię zabiję". Robił to na naszych oczach, na oczach dzieci. Raz pamiętam jak mnie popchnął. Stanęłam wtedy w obronie matki. Bardzo się wtedy bałam, płakałam i krzyczałam. Bałam się, że on ją wtedy zabije. Często moja matka płakała przez niego. Nie miała w nim oparcia. Kolejne lata to była coraz większa świadomość tego co się dzieje w okół mnie. Ojciec pił cały czas. Myślę, że miał z tym spory problem.  Wiem, że zdradzał moją matkę. Wiem, że jego pieniądze były tylko jego. Chował pieniądze, chował różne rzeczy (kiedyś firmy rozdawały swoim pracownikom ręczniki i inne rzeczy). Chował i dzielił jedzenie. Sobie kupował lepsze lub odkładał większe kawałki. Nigdy nie miał pieniędzy dla reszty swojej rodziny. Uważał się za najlepszego człowieka, za inteligentnego, prawego i uczciwego. Nie przypominam sobie by mówił o miłości, by mówił do nas, że nas kocha. Lekceważył innych. Miał ludzi za wrogów. Nie wspierał nas. Nie mówił co jest dobre a co złe. Nie uczył nas jak żyć, jak być dobrymi ludźmi, jak traktować innych. Nie uczył nas jak odnosić sukces, jak spełniać swoje marzenia. Cóż z tego, że czasem były wycieczki w góry, na mazury czy gdziekolwiek w Polskę jak nie było poczucia bezpieczeństwa i tej ojcowskiej miłości. Kiedy byłam już dorosłą kobietą pracującą na własne utrzymanie powiedział mi "jesteś gówniarą i co Ty możesz wiedzieć". Chciał mieć nad każdym kontrolę. Wiem, że mnie ani mojego brata nie kochał. ja jego też nie kocham. Czy mam do niego żal? Dzięki zerwaniu wszelakich kontaktów przestałam nim się przejmować, wyrzuciłam go z własnej głowy. Przestałam myśleć o tym jakim był człowiekiem.  Jest mi teraz obojętny. 



Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

wtorek, 1 lipca 2014

Aktywny weekend czyli kolejny krok do przodu

Witam!

Dziś przychodzę z wpisem świeżym ponieważ stało się jak dla mnie, dziewczyny z lękami coś niesamowitego. Otóż weekend spędziłam dość aktywnie. Pogoda dopisała mimo, że popołudniami padało. No może nie licząc duchoty, która mocno dawała się we znaki.
Narzeczony zaproponował spacer w leśnej atmosferze. Oczywiście pierwsze uczucie to ogromny strach, że mi się nie uda, że nie dojdę, że będę miała problemy z powrotem do domu i tysiące innych myśli, które szybko pragnęły zawładnąć moim ciałem. Zaczęła boleć głowa, serce mocniej bić ale nagle zrobiłam coś spontanicznego, ot tak. Zaczęłam się przebierać w wygodne ubrania, poprawiłam włosy, spakowałam na drogę bułkę i mówię "no to idziemy? szykuj się bo ja jestem gotowa". Wprawiłam narzeczonego w osłupienie i samą siebie też. I wyszliśmy kupując po drodze wodę. Las mamy blisko ale nie znając tu jeszcze okolicy szliśmy troszkę w ciemno przy bardzo ruchliwej krajowej drodze. Udało nam się znaleźć ścieżkę prowadzącą nie wiadomo dokąd. Zaczęłam się denerwować, robiło mi się duszno, ciężko na klatce piersiowej, w głowie dudniło ale zaczęłam odczuwać również spokój i tak jakby spowalniały moje emocje, skołatane nerwy. W pewnym momencie poczułam się jak w górach a kiedyś sporo po nich chodziłam z ciężkim plecakiem gdzie trzymało się cały dobytek, spało byle gdzie i piło wodę ze źródeł. Spodobało mi się bardzo. Zieleń, spokój, cisza, świeże powietrze. To było to. Ścieżka miała wiele rozgałęzień ale wybraliśmy tą najbardziej naszym zdaniem atrakcyjną, Las był widny i przyjemny zapewne z racji drzew liściastych. Brak komarów, ludzi. Było super. Nabrałam chęci i werwy. Poczułam się pewniej. Tego samego dnia byliśmy jeszcze na zakupach w centrum handlowym a potem jeszcze na zakupach codziennych, spożywczych. Zrobiliśmy łącznie ok.6 km. Byłam zmęczona ale bardzo zadowolona i dumna z siebie, że mi się udało tyle przejść i tyle czasu spędzić poza domem. Dla mnie ten dzień był wyjątkowy, przyjemny. Następnego dnia również wybraliśmy się na spacer ale krótszy i w inną część lasu.ze względu na nadciągającą burzę i ogrom komarów.
Ten weekend mnie troszkę postawił na nogi, Dał mi jakąś nadzieję. Zrobiłam kolejny krok do przodu - to bardzo ważne. Spacery leśne będziemy powtarzać co tydzień. A i zaczynam walkę o siebie, o swój wygląd, samopoczucie. Będę ćwiczyć w zaciszu domowym. 



Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

czwartek, 26 czerwca 2014

Narkotyki

Witam!


Narkotyki to kolejne zło w moim życiu. Może i nie trwało to zbyt długo ale i tak nie było dobrym rozwiązaniem. Amfetamina była moim ulubionym narkotykiem. Próbowałam jeszcze marihuanę ale ona mnie jakoś nie kręciła. Pierwsze wciągnięcie amfy z czystej ciekawości i w małej ilości - jak się będę po niej czuła. Czułam się o dziwo dobrze, no może czułam lekki i dziwny zawrót głowy ale piłam wtedy także alkohol więc ta mieszanka mogła być powodem tego. Oczywiście miałam zmienione oczy no i dużo mówiłam. Potem długo, długo nic nie brałam. Kolejne "podejścia" do amfetaminy były jakiś czas po drugim gwałcie. Obracałam się wtedy w towarzystwie gdzie absolutnie nie było problemu z dostępem do nich. Albo znajomi częstowali albo samemu można było kupić. Wciągałam dość sporo, poprawiałam alkoholem. Świetnie się wówczas bawiłam, byłam rozluźniona i uwielbiałam dyskutować, śmiać się. "Zabawy" z taką mieszanką alkoholowo-narkotykową trwały około roku, może dłużej. Zmieniałam tylko czasem znajomych ale na kolejnych takich co to również lubili lub posiadali narkotyki. Zaczęły przychodzić momenty, że kompletnie urywał mi się film. Zasypiałam z miejsca nie kontaktując co dzieje się dookoła. Kilka razy myślano, że coś mi się poważniejszego dzieje. Duże ilości alkoholu (piwa i wódka) zmieszane z amfetaminą, małą ilością snu i praktycznie brakiem jedzenia robiły swoje. Mało spałam i mało jadłam przez amfetaminę. Nikt z najbliższych (matka, ojciec) nie wiedzieli, że coś biorę. Wiedzieli i widzieli, że dużo piję ale na tym się kończyło. Pamiętam, że raz miałam bardzo poważną sytuację ze zdrowiem ale nikomu nic powiedziałam. Miałam okropną biegunkę i czułam się fatalnie, serce biło okropnie szybko jakby chciało wyskoczyć i było mi bardzo gorąco. Nie ma co ukrywać, że nadmiar tych świństw robił swoje.
Przełom nastąpił wraz z kilkumiesięcznym wyjazdem do pracy, do innego kraju. Początkowo, pierwsze dni byłam jeszcze pod wpływem amfetaminy (którą ostatnim razem zażyłam w toalecie na stacji benzynowej tuż przy granicy w drodze oczywiście do tego kraju) i miewałam nawet omamy. Kiedy tam chciałam zakupić sobie amfetaminę jeden z polaków, który również miał z tym problem odradził mi. Powiedział, że mi nie załatwi bo to co w tym kraju mają jest tak mocne, że wpadnę w jeszcze gorsze dno. Opowiedział mi również o tym jak sam po narkotykach trafił do szpitala. I to mi naprawdę pomogło. Zajęłam się pracą i przestałam myśleć o amfetaminie. Po powrocie wciągnęłam jeszcze tylko raz na imprezie powitalnej i na tym się skończyło.
Co dało mi branie tego świństwa? Nic! Bo nawet pomimo świetnej zabawy, dobrego nastroju i wielu wówczas znajomych problemy istniały nadal i jakieś życie, którym nigdy nie żyłam. Mogło to się bardzo źle dla mnie skończyć i to wielokrotnie. Myślę, że branie wtedy amfy ma jednak skutki uboczne na mojej psychice, w moim mózgu, które są widoczne teraz. Cieszę się, że i ten problem mam za sobą, że sama potrafiłam sobie z tym poradzić
  

Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

środa, 25 czerwca 2014

Alkoholizm i zerwanie z nałogiem

Witam!

Kiedy po raz pierwszy próbowałam alkoholu wcale mi nie smakowało. Były to jakieś wina, czasem wódka na wagarach. Piłam bo towarzystwo, w którym się obracałam piło Byłam bardzo młoda, byłam dzieckiem. Pierwszy raz upiłam się będąc bodajże w 5 klasie szkoły podstawowej. Nie wspominam tego dobrze. Czuję wstyd i jestem przerażona dzisiejszą świadomością tamtych wydarzeń.. Jak to się stało, że zaczęłam pić więcej i coraz mocniejsze trunki - nie wiem, nie pamiętam. Jedyne co mi przychodzi na myśl to problemy w mojej rodzinie. Ciągłe awantury. Krzyczący ojciec pod wpływem alkoholu, wyzywający swoją żonę a moją matkę. Bił ją, wyzywał od najgorszych, poniżał, upadlał a to wszystko na oczach własnych dzieci. Miał ją za nic, traktował jak śmiecia, uzależniał od siebie i notorycznie zdradzał. Ale nie o tym chcę dziś pisać. Problemem moim był alkohol. Tak jak pisałam początki były bardzo wcześnie. Potem, m.in pod wpływem różnych wydarzeń w moim życiu piłam coraz więcej i więcej. Nie piłam nigdy sama. Piłam wybiórcze trunki (czysta wódka, piwa). Uwielbiałam pić w towarzystwie. Jak na młodą kobietę o szczupłej budowie ciała potrafiłam wypić kilka dużych piw i zaprawić się dodatkowo wódką. Dlaczego piłam? Bo czułam się wtedy fajna, lubiana, akceptowana. Tryskałam poczuciem humoru, odwagą. Bawiłam się świetnie do białego rana. Imprezowałam coraz więcej, coraz dłużej. Leczyłam kaca klinem. Szukałam tylko okazji do wypicia. I chętnie zapraszano mnie na takie imprezy. Mało jadłam - nie czułam takiej potrzeby. Coraz częściej urywał mi się film. Upijałam się do tego stopnia, że się przewracałam, bełkotałam, że robiłam rzeczy, których potem żałowałam. Chociaż ja wiem...wtedy chyba mi to było obojętne. 
Nie zależało mi na trzeźwym życiu bo ono kojarzyło mi się z brakiem zrozumienia i akceptacji, z szarością i smutkiem, z nieumiejętnością życia, z nieradzeniem sobie. Było dla mnie beznadziejne, nieodpowiednie i obce. Nigdy w domu nie uczono mnie co jest dobre a co złe. Ciągle czegoś ode mnie chciano. Były zakazy i nakazy. Były pretensje, porównywanie do innych, wytykanie błędów i lekceważenie. Nie kochano mnie ani mojego brata. Nie byliśmy szczęśliwymi dziećmi a dzieciakami pozostawionymi samym sobie bez wsparcia, miłości.


ZERWANIE Z NAŁOGIEM

Zdaję sobie sprawę, że moje picie było ucieczką od problemów, tuszowaniem emocji, zakrywaniem własnych smutków, lęków. Nie umiałam szukać pomocy. Ale przyszedł taki dzień, w którym przestałam pić. Miałam wtedy bodajże 23 lata. Na suto zakrapianej imprezie ugryzł mnie pies. Znałam właściciela jak i psa. Ugryzienie nie było mocne, tzn. nie poszarpał mi ręki a zacisnął na niej mocno swoje zęby. Tak mocno, że cała ręka była napuchnięta zmieniając w kolejnych dniach kolory. I może dobrze, że tak się stało. "Pamiątkę" tego wydarzenia noszę do dziś w postaci blizn, które przypominają mi jak wiele złego robi alkohol. Dnia następnego zaczęło się coś ze mną dziać. Dostałam silnych wymiotów połączonych z biegunką. Cała się trzęsłam, miałam zdrętwiałe prawie całe ciało. Wylądowałam na pogotowiu podłączona do kilku kroplówek. Pamiętam, że było przy mnie kilku lekarzy, pielęgniarek. Nie mogli wbić się we mnie, w moje żyły. Na chwilę straciłam przytomność. Spędziłam tam prawie cały dzień. Badania wykazały bardzo niską zawartość sodu, potasu i magnezu w organizmie - wynik picia, alkohol wypłukał mi tak ważne mikroelementy. Uznano, że mam zatrucie alkoholem. Teraz wiem, że były to również objawy nerwicy. 
Dochodziłam do siebie przez dłuższy czas. Kilka dni spędziłam w łóżku biorąc różne leki i jedząc na siłę. Przestraszyłam się tak bardzo, że przestałam pić. Był to ogromny kopniak jaki dostałam. I szczerze? Dziękuję temu  psu bo gdyby nie to może dziś byłabym na dnie. Kolejne dni były cholernie trudne. Ciotka z problemem alkoholowym, która usilnie namawiała do wypicia. Sklepy, w których było pełno butelek z trunkami. Znajomi, którzy dzwonili do mnie i namawiali na spotkanie, imprezę. Mijałam ludzi pod wpływem alkoholu i bary do, których często chodziłam. Najpierw zerwałam z chłopakiem, z którym byłam. Potem pojawiłam się tylko raz w barze do, którego wcześniej często zaglądałam, pijąc sobie soczek z butelki. To było niesamowite przeżycie, które jeszcze bardziej otworzyło moje oczy. Zobaczyłam tych wszystkich ludzi trzeźwymi oczami. Byłam przerażona zachowaniem osób będących pod wpływem alkoholu. Byli okropni, obleśni, śmierdzący od alkoholu, bełkotali coś, kręcili się. Nie mogłam ich zrozumieć. I w pewnym momencie okazało się, że siedzę sama i nikt ze mną nie rozmawia. Nikt nie jest zainteresowany moją osobą, moim towarzystwem. Wyszłam. Nikt tego nie zauważył. Wróciłam do domu zadowolona z kolejnego trzeźwego dnia. Wtedy zaczęłam unikać takich miejsc. Automatycznie zerwałam kontakty ze znajomymi. Nadarzyła się okazja wyjechania na drugi koniec Polski do pracy, o zgrozo do pracy w barze. Sprzedawaliśmy tylko piwo bo głównie był to bar z jedzeniem. Ale piwa lało się sporo wieczorami, każdego dnia. Nie piłam, nie ciągnęło mnie do tego choć początkowo ta woń mnie obrzydzała. I myślę, że dzięki temu obrzydzeniu na zapach alkoholu nie sięgnęłam po niego NIGDY więcej.
Oczywiście zaczęły pojawiać się objawy nerwicowe po odrzuceniu nałogu alkoholowego ale mimo wszystko jestem szczęśliwa z tego co udało mi się zrobić. Pisząc tą historię zdałam sobie sprawę z niesamowitej mocy jaką miałam wtedy w sobie. Przecież udało mi się pokonać samej taki ogromny problem. Dokonałam wielkiej zmiany. OD TAMTEJ PORY MINĘŁO 7 TRZEŹWYCH LAT :)

Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

wtorek, 24 czerwca 2014

Życie po gwałcie

Witam!
Jakiś czas temu przypadkowo trafiłam na artykuł zamieszczony w internecie, który był dosyć dziwnym wywiadem ze sprawcą gwałtu. Opowiadał on a nawet bym powiedziała, że tłumaczył się jak doszło do takiego zdarzenia i co działo się z nim później. Z jego relacji wynikało, że był to przypadek, złe zinterpretowanie sygnałów koleżanki. A więzienie było dla niego hmm...nie wiem czym było. Czytając to miałam wrażenie, że ten mężczyzna nie do końca zdawał i zdaje sobie sprawę z tego co zrobił. A kara (3 lata więzienia) nie była adekwatna do czynu. Podobno chciał po tym czasie porozmawiać z dawną znajomą ale doszedł do wniosku, że to nie ma sensu no i mama odradzała. Przeczytałam także komentarze innych czytelników. Artykuł jak i treści zamieszczone pod nim wywołały we mnie wiele emocji, wróciły również wspomnienia. 

JESTEM OFIARĄ GWAŁTU

Jestem podwójną ofiarą gwałtu. Stało się to dwa razy i o dwa za dużo. Nie jestem ofiarą owego mężczyzny ale jest nas wiele, nas ofiar gwałtu. Kurcze jaki to trudny temat, jak ciężko wydobyć z siebie słowa. Czuję teraz nienawiść, rozrywający mnie od środka ból. Chce mi się krzyczeć, chce mi się wyć, płakać! Chcę uciec! Mam łzy w oczach i czuję jak drży moje ciało. Bo te wspomnienia cały czas we mnie tkwią. Są ze mną  codziennie kiedy się ubieram, kiedy się myję, kiedy kocham się z narzeczonym. To wraca jak bumerang. Pojawiają się obrazy tamtych dni. Widzę te miejsca, twarze gwałcicieli. Nie da się tego wymazać z pamięci, nie da się o tym zapomnieć. Ale trzeba żyć, jakoś żyć, jakoś dawać sobie radę mimo, że jest cholernie ciężko. Mimo, że nienawidzi się własnego ciała, nie widzi się atrakcyjności w sobie - w ogóle.
Podczas terapii zadano mi pytanie "co chciałabyś powiedzieć oprawcom gwałtu gdybyś ich teraz spotkała?". Wtedy odpowiedziałam, że nie chcę ich nawet widzieć, że nie chcę przywoływać tych wspomnień, że chcę żyć bez tego. Teraz odpowiedziałabym na to samo pytanie inaczej. Chciałabym wiedzieć dlaczego mnie skrzywdzili, dlaczego mi to zrobili, co wtedy czuli i co czują teraz. Czy to by coś zmieniło? Tak. Znalazłabym odpowiedzi na mój wewnętrzny ból. 

Kiedy zgwałcono mnie po raz pierwszy miałam 17 lat i byłam dziewicą. Było ich trzech. Czy wszyscy byli sprawcami, nie pamiętam ale na pewno dwóch tak To byli moi znajomi. Znaliśmy się od dłuższego czasu. I nie ważne było, że wszyscy byliśmy pod wpływem alkoholu. To nie miało znaczenia bo nie powinno się takie coś w ogóle wydarzyć. Pamiętam, że była to zima, szliśmy przez las bo mięli mnie skrótami odprowadzić do domu. Pamiętam kurtkę jednego z nich na której leżałam, pamiętam jego penisa w mojej buzi i spermę. A potem nie pamiętam zbyt wiele. Doszłam do domu i kiedy się obudziłam zdałam sobie sprawę, że mnie zgwałcono, że mnie skrzywdzono. Na szaliku miałam dowód a na nogach porwane rajstopy. Spóźniał mi się okres na szczęście tylko z wyniku silnych emocjonalnych przeżyć. Przez lata nikomu o tym nie mówiłam. Nie miałam komu, nie miałam wokół siebie osób, którym mogłabym zaufać. Nie pamiętam dokładnie co po tym zdarzeniu czułam ale wiem, że nie umiałam sobie z tym poradzić bo miałam coraz większe problemy z alkoholem.
Kiedy zgwałcono mnie po raz drugi miałam ok.21-22 lat. Sprawca był jeden, którego również znałam. Za ścianą byli inni. Nie umiałam krzyczeć. Może próbowałam, nie pamiętam. Może dźwięki nie wychodziły z mojego gardła. Wykorzystał to, że byłam pod wpływem alkoholu, to, że byłam sama w pokoju., w którym chciałam się chwilę przespać by wytrzeźwieć. Pamiętam, że docisnął mnie swoim ciałem, że zdjął ze mnie spodnie, że na siłę wkładał we mnie swojego penisa. Trzymał moje ręce. Prosiłam, płakałam "zejdź ze mnie, zostaw mnie!". Z tą sprawą byłam na policji. Były przesłuchiwane wszystkie osoby znajdujące się wówczas w tym budynku. Badanie ginekologiczne nic nie wykazało (do dnia dzisiejszego nie wiem czemu). Wiem, że zeznania były zbieżne. Miałam mieć konfrontacje z oprawcą ale została przełożona ze względu na to, że czekając na jego przyjście w pokoju  komendy zareagowałam po prostu strachem, lękiem. Nie został zatrzymany, chodził wolno. Po kilku dniach dowiedziałam się o jego śmierci, popełnił samobójstwo. Nie odczułam ulgi ani żadnej satysfakcji. Nie wiem co go doprowadziło do takiego kroku. Najgorszy był potem czas, który był dla mnie koszmarem. Wytykano mnie palcami, nazywano dziwką, obwiniano mnie o jego śmierć. A to przecież mnie zgwałcono.

Te wydarzenia spowodowały, że miałam poważny problem z alkoholem. Sięgnęłam nawet po narkotyki. Kilka razy próbowałam się zabić. Zaczęłam wchodzić w dziwne relacje z mężczyznami.. Nie zależało mi na swoim ciele, na swoim życiu. I moje dzisiejsze życie w lękach jest wynikiem między innymi tamtych wydarzeń.


Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami.

Lęki - odczucia, objawy, emocje

Witam!.
Nerwica lękowa jest też inaczej zwana fobią społeczną, fobią lękową, socjofobią. Ale to tylko nazwa. Najgorsze są jej objawy i towarzyszące temu odczucia. Nie będę Wam wpisywała tu regułki, którą możecie sami znaleźć w internecie, chociażby w wikipedii, wpisując poszczególne nazwy.
Kiedy uczęszczałam na terapie dowiedziałam się jak wysoki jest mój poziom lęku. Pani psycholog pokazując rękoma przedstawiła mi szalę, na której mogłam zobaczyć lęk racjonalny, naturalnie występujący u większości osób podczas nagłych niebezpieczeństw oraz ten mój, przejmujący, silny, nagły wielokrotnie nieadekwatny do danych sytuacji. To był początek informacji i zmierzenia się z własnym strachem, który jest ze mną niemalże codziennie, który zawładnął mym ciałem, który nie pozwala poczuć mi się normalnie. Objawy i odczucia towarzyszące nagłym atakom lękowym są u mnie zmienne. Wszystko zależy od sytuacji, mojego ogólnego samopoczucia, miejsca, ludzi wokół mnie. I kilka lat temu czyli z początkiem nerwicy były one silniejsze niż są obecnie. Miewałam również bardzo silne ataki, które nazywałam atakami/napadami lęku, one bodajże nazywane się atakami paniki. Wracając do objawów...one zanikały na jakiś czas, łagodniały, pojawiały się nowe, niektóre się zmieniały w nieco inny objaw.

Chciałam podzielić się z Wami swoimi objawami występującymi na przełomie wielu lat mojej choroby. Te objawy postaram się wypisać wszystkie ale może zdarzyć się, że o którymś po prostu zapomniałam. Doszłam do wniosku pewnego dnia, że mnie trzymały się chyba wszystkie możliwe objawy. A co to oznacza? To jak silny był/jest lęk, jak duży problem emocjonalny mam/miałam ze sobą.
A oto objawy:
- pocenie się - tu występowały zimne i gorące poty na zmianę, czasem towarzyszyły im silne dreszcze, nadal nadmiernie się pocę ale perspiblock załatwia sprawę;
- drżenia - zazwyczaj rąk i nóg;, te drżenia to takie trzęsące się ręce i nogi, a i kilka razy zdarzyły mi się silne drżenia głowy;
- zawroty głowy - czasem zdarzały się bardzo silne, nie pozwalały mi wtedy nawet na wstanie z łóżka;
- bóle brzucha - to był nieustający objaw, towarzyszący mi codziennie, bóle nasilały się przed wyjściem, przed przyjściem gości, załatwianiem ważnych spraw
- ból, kołatanie, ściski, ukłucia, pieczenie serca - to też kiedyś był częsty objaw i bardzo mnie męczący, wielokrotnie miałam uczucie jakby jakiś głaz leżał na moim sercu albo jak by ktoś wbijał w nie szpilki, czasem jakby zwalniało jego bicie albo nadmiernie przyspieszało, w pewnym momencie bóle serca były tak silne, że utrudniały mi oddychanie, schylanie się, funkcjonowanie jednak kardiolog nic nie stwierdził, dziś to rzadkość, sa raczej łagodne w wyniku silniejszego stresu;
- świąd skóry, pieczenie, zaczerwienienie, uczulenie - swędzenie skóry w wyniku stresogennych sytuacji bywa męczące bo skóra cały czas swędzi albo na całym ciele albo co chwilę zmieniając sobie miejsce, dziś nadal występuje ale łagodnie i sporadycznie, kilka razy w wyniku stresu pojawiło się kilku-dniowe uczulenie, czasem nawet dosłownie kilku-godzinne ;
- objawy napięciowe - jest to odczucie nagłego napięcia mięśni, nerwów, odczuwalne jest zazwyczaj w kręgosłupie ale i na całym ciele, pojawia się w nagle w sytuacjach krytycznych, lękowych kiedy czuję już, że lęk mną zawładnął;
- tężenie/drżenie mięśni, tiki nerwowe - kiedyś było silne, może drżeć mięsień w oku, nodze, pośladku, wszędzie, pojawiały się nagle, były strasznie męczące;
- mrowienie - dla mnie to jedno z najgorszych odczuć bo jak pojawia się mrowienie to może zaraz nastąpić drętwienie, mrowienie zazwyczaj atakuje koniuszki palców u dłoni i stóp w sytuacjach bardzo dla mnie stresujących, lękowych, kiedyś miewałam tak silne mrowienia, że atakowały mi całe ręce, wyginało mi palce, łapało całe ciało powodując drętwienie rąk, nóg, organów;
- gula w gardle - uczucie dosłownie guli, kluchy w gardle, występują problemy z połykaniem;
- drętwienie - drętwienie u mnie występowało bardzo silne, atakowało ręce, nogi a nawet organy wewnętrzne, nie doprowadziło mnie to nigdy do omdleń;
- problemy z mową - początkowo miałam problemy z wysławianiem się albo mówiłam zbyt cicho, nie mogłam poskładać słów, zdań, mówiłam niezrozumiale;
- słowotok - nadmierne gadanie, tak radziłam sobie z nadmiernym stresem, często plotłam trzy po trzy, bez większego sensu;
- biegunka - no niestety to się zdarzało, biegunki częste i męczące, po kilkanaście razy dziennie, zazwyczaj przed wyjściem lub w miejscach dla mnie stresogennych, występowały również problemy odwrotne czyli problemy z wypróżnianiem się;
- wymioty - towarzyszyły mi zawsze przy silnych atakach/napadach paniki;
- chodzące bóle - bóle chodzące po ciele, w nogach, barku, plecach, szyi, rękach, no niemalże wszędzie, pojawiały się kiedy chciały, w różnych momentach i miejscach, czasem były chwilowe i łagodne czasem trwały dłużej i były naprawdę mocno bolesne, że np. nie mogłam podnieść się z łóżka;
- bezsenność i płytki sen - takie "spanie" było spowodowane np. strachem, że coś mi się stanie, zbyt silnymi emocjami, przezywaniem czegoś, ale też takim zmęczeniem;
- duszności - no one też były codzienne, męczące, prawie nie mogłam oddychać, przy atakach były najmocniejsze;
- niemożność chodzenia - tak, taki stan u mnie również występował, po prostu nogi nie mogły się ruszyć a dokładniej stopy, wstępował w nie jakiś paraliż, trwało to chwile lub do kilkunastu minut;
- częstomocz -
- suchość w gardle -
- uczucie "zrobienia" pod siebie - to było dla mnie jednym z gorszych objawów, ciągle tym się stresowałam, nosiłam torebki tzw. listonoszki, pełno chusteczek ze sobą, ciągle miałam wrażenie, że zwyczajnie pod siebie sikam (jeśli gdzieś akurat siedziałam), miałam nawet wrażenie, że tam mam mokro, to było strasznie takie upokarzające;
- problem z jedzeniem wśród ludzi - nie byłam w stanie przełknąć nic przy innych, odpadały posiłki w miejscach publicznych, w większym gronie lub przy gościach, zaraz trzęsły mi się ręce albo odechciewało mi się jeść;
-  bardziej widoczne żyły na wewnętrznej stronie dłoni - hmm to objaw dosyć dziwny, który pojawił się nagle i teraz jest już ze mną, zazwyczaj pojawia się kiedy pod wpływem jakichś sytuacji stresogennych robi mi się zimno, z różnych rozmów z innymi nerwicowcami wiem, że u innych pojawia się w podobnych sytuacjach;


Jeśli to czytacie to tez pamiętajcie, że nie zawsze dany objaw musi się pojawić, że musi to być nerwicowe. Jest wiele różnych chorób, schorzeń, które mogą objawiać się podobnie. Warto zawsze zasięgnąć opinii lekarskiej. Sama byłam wielokrotnie badana, np. u kardiologa, robiono mi często ekg, usg, badanie krwi, moczu, sprawdzano mi tarczycę. Jednak u mnie wszystkie badania wychodziły dobrze.


Silne ataki/napady lękowe, napady/ataki paniki.
Nie miałam ich od około 2-3 lat i całe szczęście bo bardzo się ich boję. Jesteście ciekawi jak wyglądają i co im towarzyszy? Przede wszystkim czuje się wtedy ogromną bezsilność, bezradność, rozpacz, ból fizyczny i psychiczny. Cały proces, przebieg takiego napadu jest mocno wyczerpujący. U mnie trwał on różnie bo najpierw on się rozkręca, pomału atakuje aż wybucha z ogromną siłą wprowadzając mnie w przerażenie, panikę. Mam wrażenie , że to jest nie do opisania. Aż widzę siebie z tamtego okresu i mam ciarki na plecach. A wygląda to dosyć niewinnie bo u mnie zaczynało to się od drżenia oka (zazwyczaj), czułam wtedy straszny i nagły niepokój, nie mogłam nigdy znaleźć sobie miejsca przez co chodziłam w kółko po domu. I zawsze wiedziałam, że coś się zaraz wydarzy. Nie wiem dlaczego, po prostu to czułam. łapało mrowienie rąk, nóg, automatycznie robiłam szybkie zaciskania w piąstki po czym otwierałam dłonie - miałam wrażenie, że to mi pomagało, wydłużało proces drętwienia. No i na zmianę zimne i gorące poty. Trzęsłam się. Pojawiały się wymioty, na zmianę z biegunką. Szybkie bicie serca, niekiedy silne bóle kręgosłupa przez, które nie mogłam się ruszać. Kiedy mrowienie dopadło już całe ręce automatycznie powodowało to wygięcie się palców na zewnątrz i brak czucia/ruchu bo nie mogłam nimi poruszać. Musze mieć wtedy kogoś przy sobie ponieważ nie jestem w stanie sama dojść do łazienki czy nawet zdjąć ubrań. Zawsze w takich sytuacjach sięgałam po tabletki na uspokojenie, które miały również działanie nasenne (przepisane przez lekarza), niestety nawet duże dawki nie działały wtedy na mnie. No i najgorszym było drętwienie. Kompletny brak czucia w rękach, nogach, łapało również organy, dochodziło do przełyku. Tak to odczuwałam, w takiej kolejności to szło czyli od dołu. Czasem wykrzywiało mi usta i nie mogłam nic powiedzieć. Pomoc lekarska zawsze była mi potrzebna. Kończyło to się wizytą na pogotowiu, silnymi lekami, zastrzykami, raz kroplówką.

Nigdy nie zemdlałam z powodu w/w objawów ale zwyczajnie się ich boję. Mimo, że część z nich złagodniała, z niektórymi nauczyłam się pracować (nie reagować na nie) to jednak przysparzają mi wiele problemów. Nie czuję się z nimi komfortowo. Często z ich powodu rezygnuję z prostych czynności,  z zakupów, ze spaceru, ze spotkań w gronie rodzinnym. Z ich powodu nie jestem aktywna zawodowo - nie pracuję. Lęki spowodowały moje zamknięcie się przed światem i życie w czterech ścianach. 



Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Na dobry początek...o mnie i o blogu

Witam!
Niniejszy blog powstaje z potrzeby wyrzucenia z siebie ogromnych ilości wspomnień, emocji. Zmierzenie się z własnymi słabościami, lękami ,zajrzenia w głąb siebie. Ma on być po trochu pamiętnikiem, dziennikiem a nawet autoterapią. 
Dokąd dojdę dzięki niemu? Mam nadzieję, że daleko, że będą to kolejne kroki na przód.

Nie zależy mi na dużej frekwencji odwiedzających czy też obserwujących i na miłych słówkach. Jeśli jednak chcesz zostać ze mną, czytać moje życiowe historie, udzielać się - zapraszam.


O mnie
Jak sama nazwa bloga wskazuje jestem dziewczyną z lękami. Zdiagnozowano je u mnie kilka lat wstecz podczas leczenia silnej depresji. Odkryto jeszcze wiele "ciekawych" u mnie przypadłości, o których dowiecie się z moich wpisów. Pewnie zastanawiacie się dlaczego akurat blog i to jeszcze publiczny? Chcę tu pisać o sprawach dla mnie mniej lub bardziej ważnych. Chcę w ten sposób pomóc sobie - to priorytet. Dlaczego nie terapia? Jest wiele powodów (podobno ciągle doszukuję się owych powodów z nadmiaru ogarniającego mnie lęku), m.in. nerwica lękowa, przez którą unikam wyjść z domu. Mieszkam z narzeczonym, który pracuje w innym mieście i żyjemy powiedziałabym weekendowo. Bo moje życie dzieli się na dwa:
1. w tygodniu, czyli takie w osamotnieniu, w lęku, w czterech ścianach, z załzawionymi oczami i ogólną niechęcią do działania
2. w weekendy, czyli takie gdzie działam prawie na pełnych obrotach obok i z kochającym facetem, z mniejszą niechęcią do działania, z wychodzeniem z mieszkania ale tylko razem i w określone miejsca czyli tam gdzie czuję się najlepiej (m.in. sklepy samoobsługowe).

Na początek to tyle. Ogólny zarys mnie i mojego bloga. Wspomnienia i przemyślenia będą pojawiać się sukcesywnie.

Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami