Witam!
Kiedy po raz pierwszy próbowałam alkoholu wcale mi nie smakowało. Były to jakieś wina, czasem wódka na wagarach. Piłam bo towarzystwo, w którym się obracałam piło Byłam bardzo młoda, byłam dzieckiem. Pierwszy raz upiłam się będąc bodajże w 5 klasie szkoły podstawowej. Nie wspominam tego dobrze. Czuję wstyd i jestem przerażona dzisiejszą świadomością tamtych wydarzeń.. Jak to się stało, że zaczęłam pić więcej i coraz mocniejsze trunki - nie wiem, nie pamiętam. Jedyne co mi przychodzi na myśl to problemy w mojej rodzinie. Ciągłe awantury. Krzyczący ojciec pod wpływem alkoholu, wyzywający swoją żonę a moją matkę. Bił ją, wyzywał od najgorszych, poniżał, upadlał a to wszystko na oczach własnych dzieci. Miał ją za nic, traktował jak śmiecia, uzależniał od siebie i notorycznie zdradzał. Ale nie o tym chcę dziś pisać. Problemem moim był alkohol. Tak jak pisałam początki były bardzo wcześnie. Potem, m.in pod wpływem różnych wydarzeń w moim życiu piłam coraz więcej i więcej. Nie piłam nigdy sama. Piłam wybiórcze trunki (czysta wódka, piwa). Uwielbiałam pić w towarzystwie. Jak na młodą kobietę o szczupłej budowie ciała potrafiłam wypić kilka dużych piw i zaprawić się dodatkowo wódką. Dlaczego piłam? Bo czułam się wtedy fajna, lubiana, akceptowana. Tryskałam poczuciem humoru, odwagą. Bawiłam się świetnie do białego rana. Imprezowałam coraz więcej, coraz dłużej. Leczyłam kaca klinem. Szukałam tylko okazji do wypicia. I chętnie zapraszano mnie na takie imprezy. Mało jadłam - nie czułam takiej potrzeby. Coraz częściej urywał mi się film. Upijałam się do tego stopnia, że się przewracałam, bełkotałam, że robiłam rzeczy, których potem żałowałam. Chociaż ja wiem...wtedy chyba mi to było obojętne.
Nie zależało mi na trzeźwym życiu bo ono kojarzyło mi się z brakiem zrozumienia i akceptacji, z szarością i smutkiem, z nieumiejętnością życia, z nieradzeniem sobie. Było dla mnie beznadziejne, nieodpowiednie i obce. Nigdy w domu nie uczono mnie co jest dobre a co złe. Ciągle czegoś ode mnie chciano. Były zakazy i nakazy. Były pretensje, porównywanie do innych, wytykanie błędów i lekceważenie. Nie kochano mnie ani mojego brata. Nie byliśmy szczęśliwymi dziećmi a dzieciakami pozostawionymi samym sobie bez wsparcia, miłości.
ZERWANIE Z NAŁOGIEM
Zdaję sobie sprawę, że moje picie było ucieczką od problemów, tuszowaniem emocji, zakrywaniem własnych smutków, lęków. Nie umiałam szukać pomocy. Ale przyszedł taki dzień, w którym przestałam pić. Miałam wtedy bodajże 23 lata. Na suto zakrapianej imprezie ugryzł mnie pies. Znałam właściciela jak i psa. Ugryzienie nie było mocne, tzn. nie poszarpał mi ręki a zacisnął na niej mocno swoje zęby. Tak mocno, że cała ręka była napuchnięta zmieniając w kolejnych dniach kolory. I może dobrze, że tak się stało. "Pamiątkę" tego wydarzenia noszę do dziś w postaci blizn, które przypominają mi jak wiele złego robi alkohol. Dnia następnego zaczęło się coś ze mną dziać. Dostałam silnych wymiotów połączonych z biegunką. Cała się trzęsłam, miałam zdrętwiałe prawie całe ciało. Wylądowałam na pogotowiu podłączona do kilku kroplówek. Pamiętam, że było przy mnie kilku lekarzy, pielęgniarek. Nie mogli wbić się we mnie, w moje żyły. Na chwilę straciłam przytomność. Spędziłam tam prawie cały dzień. Badania wykazały bardzo niską zawartość sodu, potasu i magnezu w organizmie - wynik picia, alkohol wypłukał mi tak ważne mikroelementy. Uznano, że mam zatrucie alkoholem. Teraz wiem, że były to również objawy nerwicy.
Dochodziłam do siebie przez dłuższy czas. Kilka dni spędziłam w łóżku biorąc różne leki i jedząc na siłę. Przestraszyłam się tak bardzo, że przestałam pić. Był to ogromny kopniak jaki dostałam. I szczerze? Dziękuję temu psu bo gdyby nie to może dziś byłabym na dnie. Kolejne dni były cholernie trudne. Ciotka z problemem alkoholowym, która usilnie namawiała do wypicia. Sklepy, w których było pełno butelek z trunkami. Znajomi, którzy dzwonili do mnie i namawiali na spotkanie, imprezę. Mijałam ludzi pod wpływem alkoholu i bary do, których często chodziłam. Najpierw zerwałam z chłopakiem, z którym byłam. Potem pojawiłam się tylko raz w barze do, którego wcześniej często zaglądałam, pijąc sobie soczek z butelki. To było niesamowite przeżycie, które jeszcze bardziej otworzyło moje oczy. Zobaczyłam tych wszystkich ludzi trzeźwymi oczami. Byłam przerażona zachowaniem osób będących pod wpływem alkoholu. Byli okropni, obleśni, śmierdzący od alkoholu, bełkotali coś, kręcili się. Nie mogłam ich zrozumieć. I w pewnym momencie okazało się, że siedzę sama i nikt ze mną nie rozmawia. Nikt nie jest zainteresowany moją osobą, moim towarzystwem. Wyszłam. Nikt tego nie zauważył. Wróciłam do domu zadowolona z kolejnego trzeźwego dnia. Wtedy zaczęłam unikać takich miejsc. Automatycznie zerwałam kontakty ze znajomymi. Nadarzyła się okazja wyjechania na drugi koniec Polski do pracy, o zgrozo do pracy w barze. Sprzedawaliśmy tylko piwo bo głównie był to bar z jedzeniem. Ale piwa lało się sporo wieczorami, każdego dnia. Nie piłam, nie ciągnęło mnie do tego choć początkowo ta woń mnie obrzydzała. I myślę, że dzięki temu obrzydzeniu na zapach alkoholu nie sięgnęłam po niego NIGDY więcej.
Oczywiście zaczęły pojawiać się objawy nerwicowe po odrzuceniu nałogu alkoholowego ale mimo wszystko jestem szczęśliwa z tego co udało mi się zrobić. Pisząc tą historię zdałam sobie sprawę z niesamowitej mocy jaką miałam wtedy w sobie. Przecież udało mi się pokonać samej taki ogromny problem. Dokonałam wielkiej zmiany. OD TAMTEJ PORY MINĘŁO 7 TRZEŹWYCH LAT :)
Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz