Witam.
W okolicach września 2014 roku wróciłam na terapie. Znalazłam w bliskiej okolicy psycholożkę, która jak twierdziła pomoże mi w moich lękach, która również zgodziła się bym mogła przychodzić do niej w soboty. No i tak zaczęłam początkowo chodzić do niej co tydzień. Bardzo szybko nasze spotkania przerodziły się w co dwutygodniowe sesje a potem co miesiąc, dwa. Początkowo byłam bardzo zadowolona, czułam się rozumiana, akceptowana. Raz dostałam zadania, które miały mi pomóc w planowaniu dnia i wypełnianiu go sobie obowiązkami. Z czasem dostrzegłam, że ta terapia mnie męczy, że nie daje mi nic prócz poczucia winy. Że czuję się przed psycholożką jak przed własną matką próbując spełnić jej oczekiwania. Słyszałam nakazy i szantaż emocjonalny. Czułam się winna, czułam się źle, podle. Czułam się tak jakbym była zła bo nie umiem sobie poradzić z przeciwnościami losu. Dużo płakałam. Terapie mnie wykańczały a z drugiej strony nie potrafiłam ich przerwać. Miałam do siebie pretensje tak wielkie, że ponownie zaczęłam myśleć o śmierci. Nawet partnerowi powiedziałam, że jestem beznadziejna, że nie radzę sobie z niczym. Gdyby nie on i brat, którzy w tym czasie namawiali mnie wręcz do rezygnacji z tej terapii nie wiem co było by dziś ze mną.
Na ostatniej sesji, którą i tak przełożyłam (tak jakbym chciała wydłużyć w czasie rozstanie z psycholożką) powiedziałam o tym co czuję, o tym, że nie odczuwam z jej strony pomocy, że mam w sobie pewne blokady by pokonać próg naszego mieszkania. W moją stronę poleciała ogromna fala krytyki. Zresztą już wcześniej słyszałam, że jeśli sama nie zacznę przychodzić to zakończymy terapie. Jednym słowem dostałam obuchem w łeb. Usłyszałam, że myślę tylko o sobie, że facet, z którym jestem mnie zostawi, że jeśli nie zacznę wychodzić z mieszkania to nie wyzdrowieję no i, że tak w ogóle to powinnam iść do psychiatry po leki.
Na kolejną terapię umówiłam się jakoś po miesiącu ale więcej tam nie wróciłam i wiem, że to była bardzo dobra decyzja.
Dziś wiem, że powstała między nami dziwna relacja, podobna do tej między mną a moja matką. Wiem również, że p. psycholog miała nie załatwiony problem najprawdopodobniej gdzieś w relacjach ze swoją własną matką. Myślę, że w swojej specjalizacji mogła być dobra natomiast dla osób z silnym lękiem i syndromem DDA/DDD nie radziła sobie.
P.S.
O mojej dalszej walce w kolejnych postach.
Na ostatniej sesji, którą i tak przełożyłam (tak jakbym chciała wydłużyć w czasie rozstanie z psycholożką) powiedziałam o tym co czuję, o tym, że nie odczuwam z jej strony pomocy, że mam w sobie pewne blokady by pokonać próg naszego mieszkania. W moją stronę poleciała ogromna fala krytyki. Zresztą już wcześniej słyszałam, że jeśli sama nie zacznę przychodzić to zakończymy terapie. Jednym słowem dostałam obuchem w łeb. Usłyszałam, że myślę tylko o sobie, że facet, z którym jestem mnie zostawi, że jeśli nie zacznę wychodzić z mieszkania to nie wyzdrowieję no i, że tak w ogóle to powinnam iść do psychiatry po leki.
Na kolejną terapię umówiłam się jakoś po miesiącu ale więcej tam nie wróciłam i wiem, że to była bardzo dobra decyzja.
Dziś wiem, że powstała między nami dziwna relacja, podobna do tej między mną a moja matką. Wiem również, że p. psycholog miała nie załatwiony problem najprawdopodobniej gdzieś w relacjach ze swoją własną matką. Myślę, że w swojej specjalizacji mogła być dobra natomiast dla osób z silnym lękiem i syndromem DDA/DDD nie radziła sobie.
P.S.
O mojej dalszej walce w kolejnych postach.
Pozdrawiam,
Dziewczyna z lękami
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz