Wyszukiwarka

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdrażnienie, smutek - przemyślenia

Multum rozpędzonych myśli przebiega przez moją głowę. Jedne wpadają tylko na chwilę, inne zostają na dłużej. Macą mi w umyśle, przeszkadzają, rozdrażniają i wewnętrznie mam wrażenie, że uśmiercają.  A ja niczym ten samotny ptak nad pustynią latam szukając wody i cienia, szukając fajnego miejsca dla zapomnienia. Boję się jednak, że dzika zwierzyna mogłaby mnie dopaść, boję się, że moje skrzydła nie dadzą rady dalej trzepotać. Są może i duże ale uszkodzone bo kiedyś ich chrząstki zostały rozdzielone. Kleiłam je długo i nadal kleję. Głaszczę je, wodą nawet obleję ale są ciężkie, coraz ciężej mi się wzbijać. Pod niebem samym już nie daję rady szybować. A tak bym chciałą polecieć hen daleko gdzie morze łączy się z rzeką, gdzie nie ma nikogo, gdzie cisza i spokój, gdzie dzień z nocą zaplatają się i cichutko migocą. Pragnę wewnętrznego ukojenia bez krzty cierpienia. Nie mam sił już dalej tego znosić.

----------


Rozdrażnia mnie wszystko dookoła. Denerwują mnie ludzie. Każdy jest mądry, wie wszystko lepiej, każdy próbuje mi wmówić, że ma rację. Nie umiem się przed tym bronić, nie potrafię krzyknąć PRZESTAŃ mimo, że wewnątrz wrzeszczę w niebo głosy. Chcę żyć swoim życiem a nie potrafię. Nie radzę sobie z tym wszystkim, z samotnością. Siedzę całymi dniami niczym pustelnica. Nie mam do kogo się odezwać, do kogo napisać, zadzwonić. Ostatnio nawet odniosłam wrażenie, że osoby, garstka osób, z którymi miałam chociażby kontakt internetowy to te osoby albo piszą tylko wtedy kiedy same coś chcą a zazwyczaj po prostu mnie unikają. W domu nie robię prawie nic bo ile można sprzątać skoro i tak nie brudzę. Nawet gotować mi się nie chce dla siebie samej bo siadam i jem wpatrzona w telewizor. Nie pracuję bo unikam ludzi w rzeczywistym, realnym świecie, bo mam lęki. Nie robię dla siebie praktycznie nic. Wstanę rano, zjem, umaluję się i ubiorę by lepiej się poczuć samą ze sobą i tak mija każdy dzień, każdy. Czuję się do niczego, niepotrzebna nikomu.
Ostatnio czytałam, zaczęłam czytać książką. Bardzo ciężką i wiem, że ważną dla mnie. Jest to książka/poradnik o wewnętrznym dziecku. Wiele cennych informacji w niej znalazłam ale zaczynają się schody... Pojawiła się informacja, że ćwiczeń nie powinno się wykonywać samemu, że dobrze jest mieć wtedy kogoś bliskiego przy sobie by móc tej osobie się wygadać, wypłakać ponieważ emocje podczas powrotu do wydarzeń z przed lat mogą być bardzo silne. I tu oczywiście zapaliła mi się lampka. Mój lęk znów zaczął sięgać zenitu. Przestraszyłam się tak bardzo, że boję się teraz czytać dalej, boję się, że coś złego się wydarzy, że coś mi się stanie, że wrócą ataki, że poczuję się gorzej. Z drugiej strony mam świadomość tego, że będzie to bolało, że pojawi się płacz, ból, smutek, żal, nienawiść czy złość, tęsknota czy też inne emocje. Wiem, że przez to dla własnego dobra trzeba przejść właśnie po to by nareszcie uleczyć w sobie tą małą Kasię, by dać jej zrozumienie, miłość by mogła stać się ona dorosłą 31-letnią Katarzyną. Ale boję się. Boję się bo boję się tamtych uczuć, powrotu mimo, że tak naprawdę cały czas i tak cierpię. Boję się bo jestem sama każdego dnia i nie wiem jak zareaguję na wspomnienia czy poradzę sobie w samotności z tym bólem? Chwilami ja już nie mam siły tego wszystkiego na nowo znosić.  Tyle upokorzenia co zaznałam, tyle ran co mi zadano, tyle przykrości co mi sprawiono... Ile jeszcze razy mam to dźwigać? Ile razy jeszcze mam to znosić i na nowo cierpieć?
Wiedziałam, że  moja rodzina była fatalną rodziną, była rodziną tylko z określenia, dokumentów. Wiedziałam, że w domu, w którym się wychowywałam nie było najlepiej. Wiedziałam to przez lata. Jeszcze do niedawna wiedziałam, że to było złe i wiedziałam, że wiele krzywd wyrządzili mi rodzice ale też inne osoby z dalszej/bliższej rodziny. Wiedziałam również, że oni sami nie byli odpowiednio wychowywani przez swoje nieodpowiedzialne rodziny. Ale książka przedstawiła mi to troszkę szerzej, bardziej szczegółowo. Nie myślałam dotąd, że moi rodzice to dwoje skrzywdzonych 3-latków w skorupie dorosłych ludzi. Nie wiedziałam, że przez ich słowa i czyny przechodzi tak mocno skrzywdzone kiedyś dziecko, tak nieszczęśliwe i cierpiące, aż tak. Mimo wszystko, mimo tego co sami prześlij nienawidzę ich za krzywdę jaką mi wyrządzili. Za to, że sami mimo, że czuli (bo nie wierzę, że byli tacy ślepi na własne uczucia, myśli) się skrzywdzeni przez swoich tyranów, że sami dokonywali dalszej krzywdy, że nie chcieli nigdy tego przerwać. Wyjść z otwartością, powiedzieć PRZEPRASZAM i dokonywać zmian, dla siebie, dla swoich dzieci. Jestem na nich przeogromnie zła za to, że pozwalali by nas krzywdzili  inni, że nie reagowali, nie stawali w obronie nas, swoich dzieci. Jestem zła na matkę za to, że nie wspierała mnie, że mi nie wierzyła, nie ufała i okłamywała, że upokarzała mnie przed innymi, że pozwalał by inni upokarzali mnie śmiejąc się przy tym w głos a potem karząc za moje przeciwstawianie się. Jestem zła na ojca, że nie traktował mnie poważnie, że kpił z mojej inteligencji i chęci poznania świata, że nie wierzył we mnie i kpił kiedy chciałam zdobywać świat, że potrafił się wypiąć i obrazić. Jestem zła na matkę, że mnie zostawiła, że uciekła ode mnie zostawiając i pozwalając mi czuć się winną. Jestem zła na nich oboje za to, że mnie wciągali w swoje małżeńskie niedorosłe gierki, że mówili na siebie do mnie paskudne rzeczy, że uczyli mnie nienawiści do ludzi, zazdrości i braku zaufania. Nienawidzę ich za to, że nie dali mi możliwości dorosnąć i dojrzeć wtedy kiedy powinno to się stać samoistnie. Nienawidzę ich za to, że nie pozwalali mi samoistnie myśleć, czuć, wyrażać swojego zdania, za to, że nie byli dla mnie świadomymi rodzicami.
Nienawidzę również całej reszty osób w swoim życiu. Ciotek (zawsze najbliższe osoby mojej matki, żyjące naszym życiem) za to, że wpieprzały się  dyrygując matką, za to, że kpiły ze mnie głośno wśród innych, za to, że nie pozwalały mi być sobą a uczyły tłumić moje własne potrzeby. Nienawidzę wielu osób z rodziny za to, że nie pozwalały mi być sobą, nie dawały mi pozwolenia na nawet odrobinę prywatności, za to, że wytykały palcami, dotykały czuł sfer intymnych. Nie mam rodziny. Nie mam do nich szacunku tak jak oni nigdy nie mieli go dla mnie. Oni już dla mnie nie istnieją.
Teraz jestem "ja" ta mała skrzywdzona dziewczynka tkwiąca w całkiem sporym ciele dorosłej kobiety. Mała dziewczynka nie umie być odpowiedzialna bo nikogo obok siebie nie ma. Jest całkiem sama na tej wielkiej, ogromnej pustyni. Nie umie o siebie zadbać, nie umie siebie pokochać. Widzę ją taką niezadbaną, w jakimś łachu dziurawym i porwanym. Z poplątanymi z brudu włosów, z przybrudzoną twarzą, idącą na bosaka szukającą czegoś. Ona nawet nie wie czego poszukuje. Nie jest głodna. Nie czuje nic. Jest zupełnie nieświadoma tego jak tam się znalazła i co się z nią i wokół niej dzieje. Potrzebuje dobrego mentora, który nauczy ją wszystkiego od nowa, krok po kroczku pokaże jej jak żyć. Dorosła Ja musi ją odnaleźć i stamtąd zabrać, zabrać ją z jej "bezpiecznego" świata. Dać jej nowe, czyste ubrania, dać jej dobre i zdrowe jedzenie, napełnić wannę ciepłą wodą i dać jej miejsce w wygodnym i przytulnym łóżku. Ta dorosła Ja teraz potrzebuje dużo cierpliwości bo ma przed sobą trudne zadania - dać tej małej dziewczynce wsparcie, miłość, zrozumienie. Ta mała Ja potrzebuje ciepła i chce poczuć się bezpiecznie, chce mieć pewność, że nikt już jej krzywdy nie zrobi.                                                                                                                                                

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz