Witam.
Miłość kiedyś była dla mnie odległym marzeniem, znanym raczej tylko z filmów. Oglądałam je namiętnie i marzyłam o mężczyźnie, który mnie pokocha pomimo wszystkiego, dla którego będę ważna, jedyna, i który mnie nigdy nie oszuka. Z drugiej jednak strony, nauczona doświadczeniem, z wmówionymi historiami o nieszczęśliwej, nieprawdziwej a nawet nieistniejącej miłości myślałam, że mnie to nie spotka. No bo niby dlaczego? Dlaczego ja, osoba z taką a nie inną przeszłością, z pechem do wszystkiego miałaby nagle zaznać czegoś dobrego? Jednak cały czas w głębi siebie mocno wierzyłam, że w końcu musi się coś zadziać. W trakcie pierwszych terapii i uczenia się o emocjach dostrzegłam światełko w tunelu. Było ono malutkie, ledwo dostrzegalne ale było i ciągnęło mnie do siebie, do zmian.
Byłam wtedy sama, od kilku lat sama. Tym razem samotność wybrałam świadomie i przez pryzmat moich lęków. Chociaż w sumie chyba zawsze byłam samotna. Było kilka związków, flirtów, dziwnych i nic nie znaczących znajomości ale były one krótkie, nijakie, bez żadnych uczuć. Były męskie przyjaźnie, te bardziej ceniłam ale z czasem, z różnych powodów pryskały niczym bańki mydlane. Postanowiłam pomóc szczęściu i zapisałam się do kilku portali randkowych. Tam po części mogłam stać się anonimowa, mogłam łatwiej i szczerzej napisać o sobie, o tym co czuję, czego pragnę. Niestety wielu mężczyzn szukało jednego... Wielu mężczyzn było tam z niewiadomego dla nich samych powodu. Niektórzy mięli jakieś niestworzone pomysły na związki. Męczyło mnie to bo pomimo wielu wiadomości z nikim nie mogłam złapać kontaktu, takiego normalnego. Usuwałam konta i tworzyłam je na nowo. Aż któregoś dnia doszłam do wniosku, że najpierw ja sama powinnam wiedzieć o co mi właściwie chodzi, czego i kogo szukam, w jakim celu, jakie mam oczekiwania i co sama mogę wnieść w nową znajomość, związek. I wtedy uzmysłowiłam sobie, że ja szukam prawdziwej miłości, że chcę stworzyć wspaniały związek, prawdziwy, trwały, oparty na zdrowej relacji. Zrobiłam na portalu krótki opis siebie, wstawiłam zdjęcie i czekałam na jakiś znak, na jakąś normalną wiadomość. Postanowiłam, że to będzie moja ostatnia próba, że teraz albo nigdy, że teraz albo daję sobie spokój w poszukiwaniu.
Odezwał się ON. Coś we mnie rozkwitło, coś zadrżało, poczułam gorąc i zapragnęłam chociaż chwilę z nim popisać. Pisaliśmy zaledwie tydzień, wymieniliśmy się kilkoma zdjęciami i spotkaliśmy się. Pierwsze spotkanie trwało do późna. Miałam ochotę być blisko niego. Chciałam żeby mnie pocałował, już teraz, natychmiast. Spotkaliśmy się dnia następnego i za tydzień, i tak co weekend (bo tylko wtedy mogliśmy się widywać).
Coś zaiskrzyło - to było pewne. Chciałam go poznać, chciałam być z nim, przy nim, chciałam być dla niego ważna ale bałam się, miałam ochotę uciec jak najdalej bo bałam się uczuć, tych dobrych, bałam się miłości bo źle mi się kojarzyła - z wykorzystywaniem, kłamstwem, oszukiwaniem.. Jednak tego nie zrobiłam, zostałam. Opowiedziałam o sobie, swoich problemach, lękach, o tym, że potrzebuję czasu, że się boję. Był cierpliwy, czekał, nie narzucał się, całował, przytulał, akceptował, wspierał, dawał mi nadzieję, rozumiał, KOCHAŁ. Przy nim poczułam się jakby to był mój pierwszy związek. I poniekąd tak było bo był pierwszy tak świadomy, prawdziwy i chciany. Uczyłam się przyjmować miłe słowa, trzymać za ręce przy ludziach, walczyć o to uczucie w sobie, walczyć o ten związek bo stare schematy krzyczały 'uciekaj, zostaw, odpuść, to złe'. Uczyłam się bronić własne przekonania, uczucia bo osoby toksyczne z mego otoczenia mówiły 'nie ufaj, nie wierz, nie opowiadaj o sobie, nie pozwalaj się poznać'. Słuchałam tylko siebie, swoich pragnień, odczuć.
Dałam sobie szansę na nowe życie. Dziś absolutnie tego nie żałuję. Jesteśmy razem od 4 lat, razem mieszkamy, gotujemy, rozmawiamy i marzymy. Kocham go a on mnie. Obdarzamy się szacunkiem, ufamy sobie. Tak po prostu, bez jakichś podejrzeń - bo to jest niepotrzebne.Obydwoje pracujemy nad swoim związkiem. Ja mam zdecydowanie trudniej bo walczę z tym co we mnie wpajano przez niemalże 30 lat. Ale ON jest zawsze cierpliwy. Najpiękniejsze jest to, że ja nie muszę niczego udawać, nie muszę grać kogoś innego. Mogę nareszcie być sobą, mieć własne zdanie, poglądy, myśli. Traktuje mnie jak dorosłą, mądrą osobę. To mi bardzo pomaga. Wierzy we mnie, w to, że pokonam swoją chorobę, w to, że dam radę i stanę się kiedyś szczęśliwa, tak w pełni jak tego marzę. Cieszy się razem ze mną kiedy coś mi się uda, kiedy sama dam radę wyjść. Martwi się kiedy jest ze mną gorzej. Ale ma też własne zdanie. Szanujemy siebie, swoją przestrzeń. Jest tym człowiekiem, z którym chcę być do końca życia, z którym chcę się zestarzeć. Chcę być z nim i przy nim, chcę być kiedy będzie źle i kiedy będzie dobrze. Myślę, że nasz związek naprawdę może być fajny, udany a co ważne obydwoje tego chcemy i uczymy się siebie nawzajem.
Tak chyba wygląda prawdziwa miłość :)
Pozdrawiam
Dziewczyna z lękami
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz