Wyszukiwarka

wtorek, 26 maja 2015

Matka - czy ona w ogóle istnieje?

Witam.

Od jakiegoś czasu wszędzie wzmianki na temat dnia matki. Ogarnia mnie wtedy straszny smutek, żal, rozpacz i nienawiść do tego dnia. Dlaczego? Bo chciałabym mieć matkę, taką prawdziwą matkę, która mnie wychowała, nauczyła, dała dobre wzorce, który była przy mnie. Ale nie mam takiej. Matka jest matką z nazwy, z określenia, jest istotą ludzką, żywą. Fizycznie jest i tyle. Faktycznie urodziła mnie, karmiła przez jakiś tam czas i tyle. Nie mam dobrych wspomnień z nią związanych. Przez większość życia jak pamiętam jej przy mnie nie było, nie wspierała mnie, nie uczyła wejścia w życie, potem w dorosłość, nie dała żadnych mądrych rad. Ona nawet nie nauczyła mnie dbania o siebie, o dom, gotowania, nie dała jakichś tajemniczych receptur na cokolwiek. Była bo była jako osoba, która gotowała w domu, hmm jako służąca  mojego ojca. Ale nie było jej przy mnie, przy moim bracie. Kiedy działa mi się krzywda nie stawała w mojej obronie, nie ufała mi, nie wierzyła w moje słowa, nie słuchała co i o czym do niej mówię. Były zakazy i nakazy, były pretensje. Któregoś dnia mnie opuściła, tak po prostu zostawiła a kiedy uciekłam ponownie do niej niby drzwi otworzyła i wpuściła mnie do domu, w którym mieszkała ale ciągle żyłam obok a nie jako jej córka. 
Toczyłyśmy jakąś dziwną ze sobą batalię. Ja pragnęłam podświadomie jej miłości, akceptacji i wsparcia we wszystkim co robiłam, i uważności a ona nie miała ochoty być dla mnie matką, opiekunką, powierniczką. Chciała mieć dziecko, które same sobą się zajmie, które nie stwarza żadnych problemów, nic nie chce, nie potrzebuje, siedzi cicho i wykonuje wszelakie rozkazy, bez pytań, w ogóle bez zbędnych słów, i które odda jej wszystkie dobroci nawet z dna swego serca. I tak się stało po części bo z czasem uzależniła mnie emocjonalnie od siebie. Ale za nim to zrobiła to ja długo próbowałam o siebie walczyć. Szukałam siebie w życiu. Robiłam to bardzo nieudolnie, na oślep zahaczając po drodze o ciernie, raniąc sobie ciało i duszę. Niemym krzykiem wołałam wielokrotnie pomocy ale nikt nie słyszał. Staczałam się w dół po to by będąc prawie na samym dole na nowo zacząć odzyskiwać siebie. Po pewnym czasie wróciłam do niej, do mojej rodzicielki oczekując wsparcia, całkowitego zrozumienia i wsparcia, pomocy w tej walce. Nie uzyskałam tego. Jeszcze bardziej uzależniła mnie od siebie, pokazując przy tym, że bez niej jestem nikim. Przyjmowałam to nieświadomie w zamian za jej bliskość, bo fizycznie byłyśmy obok siebie, w jednym domu. Moja nerwica i lęki się pogłębiły, doszły nowe, męczące objawy. Zrozumiałam z czasem, że muszę uciekać, że muszę ratować siebie od niej, że więź z nią jest chora, toksyczna.
I leczę się nadal z tego, z tej toksyczności, którą mnie karmiła. Tylko tym razem bez niej, w innym miejscu, w spokoju i z częściowym planem na życie.
 I jak ja teraz w dniu matki mam jej złożyć życzenia? Za co mam jej podziękować? Jak mogę ją kochać skoro pomimo gdzieś tam jeszcze pewnych oczekiwań jest mi obojętna, jest dla mnie obcym człowiekiem? W jaki sposób mogę powiedzieć 'kocham cię' skoro to jest nie prawdą, nie jest zgodne z tym co czuję? Nie mogę udawać, że nic się nie stało bo to wydarzyło się, bo uczucia były i są, bo wspomnienia istnieją i to wcale nie aż tak odległe.
Co do niej czuję? Mam żal, mnóstwo żalu MAMO! Nie było Cię nigdy przy mnie, nie dałaś mi wsparcia w najtrudniejszych dla mnie chwilach, wierzyłaś intrygom i kłamstwom a nie własnej córce. Pozwoliłaś mi poczuć się gównem nie dając możliwości mi po prostu żyć, tak jakbym tego chciała. Nie pochwaliłaś, nie przytuliłaś. Nauczyłaś mnie lękać się i nie starać się spełniać swych marzeń. Pokazałaś, że świat jest straszny, zły, że nie należy ufać sobie ani innym. Ciągle uczyłaś mnie, że mam Ci oddawać całą swoją moc i z tego korzystałaś. Wysysałaś ze mnie resztki dobra.
Mamo, czy ty w ogóle istniejesz?




Dziewczyna z lękami

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz