Wyszukiwarka

środa, 17 czerwca 2015

Wewnętrzne dziecko #1


Zaczęłam czytać dosyć ciekawą ale i zarazem trudną, ciężką książkę
John Bradshaw "Powrót do swego wewnętrznego domu".
Lubię takie książki bo one mi pomagają zaglądać w głąb siebie. Pomagają mi w zmianie swojego postrzegania. Są dobrym źródłem i pomocą do pracy nad sobą. Oczywiście same książki to za mało ale po wielu terapiach, które przebyłam są one dla mnie bardzo pożyteczne. W związku z tą książką muszę myśleć głośno a na to najlepszy jest mój blogowy-notatnik także co jakiś czas zapiszę tu swoje przemyślenia, spostrzeżenia, itp.
  
-----

 Przeczytałam pierwszy rozdział i... popłakałam się. 
Wiedziałam, że mam problemy, że moje dzieciństwo, rodzice, że w ogóle moje życie nie było usłane różami. Ale świadomość piekła jakie było w domu mam tak naprawdę od niedawna. Kiedyś myślałam, że to normalne, w zasadzie to nawet się nie zastanawiałam nad tym. Tak było i już. Zawsze czułam, że coś nie jest tak jak być powinno jednak nie wiedziałam co jest grane. Miałam dziwne, niezrozumiałe dla mnie uczucia, myśli. Od jakiegoś czasu jednak sobie myślałam, być może chciałam sobie wmówić nie prawdę, że jednak może źle nie było, że przesadzam. Kurde, ja nie przesadzam, nie przesadziłam ani razu, nigdy, przenigdy! W domu było strasznie i to nie podlega żadnej dyskusji. Dziś wiem, że żyłam w ciągłym strachu, że nie mogłam być dzieckiem, tak po prostu, że wiele dni to było takie przetrwanie. Nie życie a szkoła przetrwania bo może znowu trzeba będzie zejść rodzicom z oczu, bo ojciec może wróci pijany i trzeba stać na straży aby nie zabił matki. Bo może matka nagle się znowu o coś przyczepi i walnie mnie w plecy na ulicy za to, że nie mam ochoty akceptować jej dziwnych znajomych, a może znajdzie się inny jakikolwiek powód aby obarczyć mnie winą, aby przelać na mnie swoją złość, frustrację, aby we mnie znaleźć swojego przyjaciela i wypłakać mi się na ramieniu, albo wykorzysta się mnie do relacji, walki między sobą, do wyjścia no noc z domu pod ochroną... Dużo rzeczy z tej książki wiedziałam, znałam, z własnych obserwacji, z innych książek i terapii, wiele informacji jest nowych lub dokładniej rozbudowanych. Kurde, ja mam cholerny problem ze sobą. Zostało mi zabrane całe dzieciństwo. Zabrane i rozerwane na strzępki a potem na moich oczach głęboko zakopane. W każdej kwestii moje skrzywdzone, zranione wewnętrzne dziecko zatruwa moje dorosłe życie, w każdej jednej. Teraz i tak jest lepiej bo widzę ile przepracowałam, nad iloma jeszcze problemami pracuję a ile jeszcze zostało. Tego jest cała masa i to będzie trwało dopóki się nie uporam, dopóki nie naprawię, nie nauczę żyć tej małej Ja w sobie, dopóki nie otoczę jej dostateczną ilością miłości. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać..
Coraz bardziej jestem pewna swoich myśli i spojrzenia na posiadanie dziecka, na bycie mamą. Wielokrotnie mówiłam, myślałam, że nie mogę mieć dziecka dopóki sama nie naprawię dziecka w sobie, nie chcę mieć dziecka bo nie czuję się na tyle odpowiedzialna by je mieć, nie chcę dziecka bo nie odczuwam potrzeby jego posiadania. Jak mam odczuwać taką potrzebę skoro jestem emocjonalnie na poziomie dziecka w jakimś tam wieku. Jak mam być matką skoro nie umiem być dorosła. Uważam i utwierdziłąm się teraz w przekonnaiu, że te moje decyzje właśnie są odpowiedzialne. Wiele osób mówi urodzisz to zmienisz myślenie, to zmienisz siebie. Dziecko nie stanie się lekarstwem na całe zło, lekarstwem na rany i cierpienie jakie mi zadano, lekarstwem na samotność i poczucie odrzucenia. Dziecko nie zmieni mojego świata. To ja mogę zmienić swój świat, nie dziecko, nie ktoś inny. Chcę dowiedzieć się czym jest szczęście. Chcę odczuwać spokój. Chcę żyć, nauczyć się żyć. Do tego chcę dojść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz